Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 805 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Imagine

piątek, 31 października 2008 16:08






Imagine,


Gdybym chciał napisać prawdę o powodach mojego do Ciebie niepisania musiałbym napisać tak - Nie pisałem bo pisałem. Bo spadła na mnie i radość ogromna i odpowiedzialność wielka. Zaszczyt. Ale i zażenowanie. Otóż Fundacja Kultury Polskiej przyznała swoją doroczną Nagrodę Złotego Berła Wojciechowi Młynarskiemu. O tym, kim jest dla Polskiej Kultury Wojciech Młynarski i jak trafna była decyzja Kapituły Złotego Berła - nie wypada nawet pisać. Każde słowo w tej sprawie wydaje się zbędne. „Absolutnie" - że zacytuję Mistrza. Ale tradycją Nagrody jest tak zwane Małe Berło. Fundacja tę nagrodę funduje ale laureata wybiera sam nagrodzony Złotym Berłem. I Wojciech Młynarski wybrał mnie. Stąd i mój stan łącznej radości, odpowiedzialności i zażenowania. „Zespół nagłego uhonorowania" - tak nazwaliby to pewnie medycy. Tym większy, że na mnie spoczęło zadanie scenariuszowo - reżyserskie dotyczące tak samej ceremonii jak i „części artystycznej" będącej tradycyjnym scenicznym prezentem dla Laureata. Nie będę Ci opisywał moich trosk wynikających z faktu, że Telewizja Polska postanowiła tę uroczystość przybliżyć Abonentowi. Jak zwykle tylko dzięki osobistemu i niekłamanemu zaangażowaniu życzliwych-acz-profesjonalistów może to jakoś(ć) do wspomnianego Abonenta dotrze. O samym też wydarzeniu nie będę Ci pisał bo z tego co wiem - brałaś w tym udział. Moje „z tego co wiem" bierze się z umownej mojej poczytalności w tym dniu i wobec całej Huty Katowice jaką w teatrze ATENEUM wybudowała telewizja. A tak chciałem żeby było spokojnie a godnie, lekko a dostojnie. I szlachetnie. I miło. I może tak i trochę było. Tak ludzie mówili.


Bo Wojtek... no właśnie - jesteśmy na „Ty" od dobrych 20 lat, a mnie to zwracanie się doń po imieniu jakąś trudność sprawia. Są widocznie takie obszary szacunku, estymy - których nie naruszy żadna forma codzienności.


No, ale niech będzie - Wojtek - jest dla mnie osobą ważną. Najtrafniejsze tu wyrażenie pochodzi z dziedziny zachowań dziecięcych i brzmiałoby - ważny!, ważny jak nie wiem co. I wcale się tej dziecięcości nie wstydzę. Jest jak taka Wielka Dobra Góra z mojego - pisania, śpiewania krajobrazu. Taka Góra, która w każdym krajobrazie jest, być powinna, by, kiedy trzeba - cień dać zbawienny, kiedy trzeba - by słońce mogło wyjść zza Niej. By za Nią mogła zniknąć burza czy inne nieszczęście społeczne lub towarzyskie. Taka, pierwsza Góra z tych siedmiu o których mawia się „za siedmioma górami, za siedmioma rzekami..."


Od początku, od 1977 roku, kiedy jako Juror Festiwalu Piosenki Studenckiej - „był bardzo za mną" aż do dziś, kiedy obdarował mnie Małym Berłem -  Wojtek JEST. Nie jest to bliska znajomość. To raczej, u mnie, niezachwiana pewność jego obecności. Czy to uskrzydla ? - tak, ale...Tu na ziemi skrzydła są potrzebne by ulecieć. I te skrzydła są, mniej czy bardziej, ale dostępne. Pełno ich. Po ludziach, po sklepach, po lasach, Ale już tam, w górze - skrzydła potrzebne są o tyle inaczej, że „by wylądować". I ten rodzaj skrzydeł, uskrzydlenia, daje mi Wojtka obecność. Obecność i twórcza i ludzka. Obie formy obecności. W moim obszarze twórczych działań nie istnieje kategoria sukcesu. Im wcześniej przyjmie się ,czy się-sobie zbuduje filozofię trwania - tym lepiej. I w tym obszarze świadomość istnienia obok kogoś takiego jak Wojciech Młynarski daje owo nieprzesadne ale radosne bezpieczeństwo. Niejasne przeczucie istnienia półtajnego Stowarzyszenia Wielokrotnych Ikarów.


„Róbmy swoje" napisał Mistrz. I myślę, że trochę udało mi  się to robić kiedy owego 27 października prowadziłem ów Dzień Nauczyciela. Ale Jednego. Nauczyciela. I jako Chmurny Dyżurny recytowałem -


Archimedes - ciut nam ulżył

prawo jego - nie od rzeczy

acz dotyczy tylko cieczy

A Profesor Pan Młynarski

takim prawem nas porusza -

„Człowiek zanurzony w masie - traci

traci on na klasie"

dużo traci i nie dużo

- tyle ile

waży jemu dusza

a jak dusza to i serce

Miłość

Ot Ludzkości z tej miłości

co to się nie narobiło

napisało, na-śpiewało, na-tańczyło

Naukowo i celowo rozłożono całą Miłość

na, to


         a) - oczarowanie

         b) - poznanie

         c) - matrymonium (jak się chce)

         d) - ognisko


A Profesor Pan Młynarski

to ogarnął jednym zdaniem

- „Panno Krysiu - Kocham Panią - Wszystko!"



                                                                           Andryou

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Andryou!

poniedziałek, 27 października 2008 23:34

26 października 2008 roku


Andryou!


Powiada się, że nie można cofnąć czasu.


Właśnie zrobiłam to. Na razie tylko o godzinę, ale od czegoś trzeba zacząć. Przestawiając zegary i zegarki zamyśliłam się nad czasem i przemijaniem,  a bardziej może nad względnością i umownością tych pojęć.


Bardzo Ci dziękuję za wierszyk z okazji 59-tych urodzin.


 Czuję się z tym tak jakoś...ni w pięć, ni w dziewięć.


 Coraz chętniej myślę o sobie: "kobieta po pięćdziesiątce"


i coraz  częściej nucę kuplety z Kabaretu  Starszych Panów:


                              „Już szron na głowie,

                                już nie to zdrowie

                                a w sercu ciągle maj!"


Bo co z tego że czas mija, skoro ja  nie mam czasu tego obserwować?


Mam  tyle pracy, że (daj Boże) przeminę niezauważalnie dla samej siebie.


W ramach corocznych, urodzinowych postanowień, w tym roku postanowiłam nie pozwolić  sobie zamartwiać  się tym, że przemijam.


 Tym bardziej  że całą młodość się tym zadręczałam; jak jakaś głupia.


Pamiętam, na przykład,  rozpacz w dniu, w którym skończyłam 30 lat.  Uważałam, że to koniec świata! Że już na wszystko za późno. Jakaś czterdziestoletnia  staruszka pocieszała mnie, że tyle  jeszcze przede mną, a ja pukałam się w głowę i było mi jej żal- że taka  stara i takie głupoty wygaduje...


Pamiętam także 64-te urodziny naszego wielkiego aktora, a mojego wakacyjnego kolegę, wybitnego  cyklistę i fotografa- Janusza Gajosa. Jego żona Elżbieta, mistrzyni organizacji, zadbała o wszystko-scenerię, scenografię, menu, towarzystwo, nawet pogodę, nie mówiąc o czterech chłopcach z Liverpool, śpiewających jubilatowi: " When  i' m  64". Było bardzo miło. W pewnym momencie zadzwonił do mnie mistrz Jeremi Przybora, a gdy  powiedziałam gdzie jestem i z jakiej okazji, westchnął tylko: "Mój Boże, co ja bym dał za to, żeby mieć tylko 64 lata! I złożył życzenia, Jego zdaniem, młodzieńcowi! Sam miał wtedy 88 lat!


„Kiedyś byłam stara"- pisała Agnieszka Osiecka i dopiero teraz rozumiem to, jak nigdy; i  cieszę się młodością i powtarzam sobie, nie tylko w naszym przedstawieniu, że NAWET I SIWA MOŻE BYĆ SZCZĘŚLIWA. Tyle mojego.


Andryou- przedstawicielu mojej ulubionej płci!


Piszesz, że to  mężczyzna musi iść, wędrować. Myślą, mową i uczynkiem.


Ja także wędruję, mimo że nie jestem mężczyzną. Jak to się ma do Twojej teorii? Ostatnio, co prawda, jest to głównie wędrówka od sceny do  sceny  i od hotelu do  hotelu. Taki los. Bardzo już tęsknię za przyrodą i „dowolnie wybranym bokiem". A tu zabetonowane  miasta i miasteczka.


Siedziałam sobie, na przykład, dopiero co w hotelu Savoy, w słynnej  Łodzi, którą przez lata usiłowałeś słodzić i,  gdybym nie zobaczyła tego na własne oczy, nie uwierzyłabym, że bywają  jeszcze takie widoki z hotelowych okien...szaroburo i ponuro. Betonowy lej i zrozpaczone okna. Brr.


I od razu, w ramach autoterapii , przypominam sobie rozwieszone pranie w  słońcu, albo pola słoneczników. Mam parę takich  widoków, na zawsze zamkniętych pod powiekami; stop-klatki na czarną godzinę.






Mimo wszystko lubię obserwować hotelowe życie, bo to dla mnie egzotyka.


Ostatnio najczęściej mieszkamy w hotelach, które organizują wesela za weselami. Podejrzewam, że z tego utrzymują się przy życiu. Nie tak dawno, w pewnym małym mieście, usiłowaliśmy zjeść kolację. Nie było to  łatwe. Widzieliśmy, co prawda, stoły uginające się od jedzenia, ale przeznaczonego  jedynie dla weselników. Na cały głos hałasowała  muzyka i kolebali się zmęczeni już goście, wyraźnie pod wpływem  wprowadzonych sporych ilości „elementów baśniowych".


Pan młody raz całował swoją oblubienicę, raz szarpał ją za włosy; moim zdaniem trochę za mocno. Oblubienica to śmiała się,  to płakała. Nie umieli chyba jeszcze pojąć do końca, co ich łączy. Oby im się to kiedyś udało.


 Ja zazdrościłam im tylko  kolacji.


Pani na recepcji skierowała nas do podziemnego czegoś,  typu „piekiełko".


„O tej porze, tylko tam  mogą jeszcze wam  dać coś na gorąco" -zachęcała.


Zeszliśmy .Rzeczywiście udało  się coś  zjeść, ale w towarzystwie:


1)grającej na cały głos muzyki typu disco


2)migających w rytm tej muzyki drapieżnych świateł


3) wielkiego ekranu telewizyjnego, na którym występowały same sztucznie uśmiechnięte osoby ubrane w złotka i sreberka. Niejednokrotnie tańczące i śpiewające ;na szczęście bez fonii.


4) stołu bilardowego okupowanego przez trzeźwych młodzieńców


5)stolika sąsiedniego po lewej stronie, okupowanego przez sześć pijanych, młodych kobiet, narzekających na mężczyzn i los.


6)stolika po prawej stronie, przy którym siedziało dwóch schludnie ubranych, młodych mężczyzn. Jeden  narzekał na kobietę i los, a drugi usiłował pomóc przyjacielowi. Mówili bardzo głośno, żeby przekrzyczeć disco i usłyszeć siebie. Z tego powodu byłam świadkiem  następującego monologu nie do zapomnienia, wygłoszonego nad opuszczoną głową przyjaciela:


„-no, już nie pierdol.


-wypierdol ją z głowy


- chodź wpierdolimy dwa piwa


- napierdolimy się


- upierdolimy


-i wypierdalamy."


To my, w tym powiatowym bądź co bądź  mieście,  przez cały wieczór posługiwaliśmy się ( ze Zbyszkiem Zamachowskim i Piotrem Machalicą) , najwykwintniejszą polszczyzną mistrza Jeremiego, w ramach najszerzej pojętej misji uwrażliwiania na słowo naszych rodaków, żeby pod wieczór, w hotelowym undergroundzie, usłyszeć coś takiego?!


I, z jednej strony, ubolewam nad tym bardzo, ale z drugiej, muszę Ci się ze wstydem przyznać, nie daje mi spokoju myśl, czy udało mu się wy........ć  ją z tej biednej głowy, czy nie...?


 Co tu ukrywać, uzmysłowiłam sobie także, jak wiele można wyrazić za pomocą jednego czasownika.  Co o tym sądzisz, liryczny  poeto; nasz nieustający laureacie wędrujący od nagrody do nagrody ?

                                                                            

                                                                -Imagine


PS. Podobno czas, który dzisiaj nastał, nazywają już  zimowym. A na dworze spóźnione i piękne babie lato. Należy się nam.      

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Imagine,

piątek, 17 października 2008 14:36



 

 


Imagine,


Szczęśliwie zakończona podróż Twojego Kolumba Franciszka cieszy mnie. Cieszy, ale w ogóle nie dziwi. To znaczy nie dziwi to, że wrócił taki, jaki wrócił.

Mężczyzna, lubi wyruszać w podróże. Lubi, ale i musi. Ale i powinien. Lubi, musi i powinien też - wracać bez misia. Kiedyś, pamiętam, próbowałem w lekko żartobliwej formie opisać słynne, bo paliwowe dla świata, relacje Kobieta - Mężczyzna. I wyszło mi, że kobieta (bardziej) dba, dogląda, hołubi ich wspólnego szczęściakrzew. I chciała by, by On, mężczyzna, na owym drzewku, jako ten liść powisał. A, tymczasem  - mężczyzna to nie liść

                                                         On musi iść

Powyższy „poemat" stworzony został na potrzeby jakiejś mikrotezy, jakiegoś widowiska. Żartobliwy - bo jakże inaczej można się odnieść do czegoś tak poważnego jak Życie. Ale „coś w tym jest", jak mawiają sroki nad czaszką Yoricka pochylone. Mężczyzna rozwija się w ruchu. Ten rozwój może być spokojny, może być napadowy, ale zawsze łączy się z jakimś, choćby i metaforycznym podróżowaniem. Podróżowaniem myślą, uczynkiem. Mową - rzadziej. Tak i ten miś - metaforyczny. Jakiś, a to problem, a to zespół przyzwyczajeń, przeświadczeń, ubzdurzeń - symbolizujący. Rozwój nie prosty jest. Bo i bywa, że i owszem, w podróż wyruszy się i bez misia się wróci. Ale wraca się i trudniej i z innym, bywa, jeszcze większym misiem.

Ale ja Ci tu o misiach i liściach a taż przecie Urodziny Twoje.


Kto?

frunie, płynie, nawet

gdy sobie leży, czy siedzi - Imagine

Dla kogo Platon i platan

to starsi, duchowi sąsiedzi - dla Imagine

A, widząc, kogo?

- polityk - ot, rezygnuje z wypowiedzi

- widząc Imagine

Kto ? rączo pospieszy z poręczą

gdyś bracie na gołoledzi - Imagine

A, gdy się zapodzieje coś -

tankowiec, kubek, rybia ość

- to tylko Murzyn się nie biedzi

i Imagine

A na pytanie - „kiedy?"- odpowiedź

- znają jedynie Szwedy

- to znaczy Szwedzi

i Imagine

Co pół minuty, po Internecie, niesie

się ciche pukanie - to po spowiedzi

U? - u Imagine


         W dniu Twoich Imagine urodzin

         proszę - Żyj Ty STO LAT

         ale

         tu, dzisiaj przyszedł ze mną Świat

i

w  imieniu Świata

proszę - STO LAT

ale

niechby to była pierwsza rata.


                                                        Andryou  9.10.2008



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

sobota, 24 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  1 794 992  

Polecamy



Książka "Jak trwoga to do bloga 2008/2009" jest wydaniem w formie książki drukowanej zapisów z blooga, jaki Magda Umer i Andrzej Poniedzielski prowadzą wspólnie od 2006 roku. Książka obejmuje okres dwóch lat 2008 i 2009. Jest to pierwsze wydanie w formie książkowej wpisów z tego okresu

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

MAGDA UMER reżyser, scenarzystka, piosenkarka, aktorka, autorka recitali nie tylko własnych i widowisk poetyckich ANDRZEJ PONIEDZIELSKI poeta liryczny, konferansjer satyryczny

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1794992

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl