Imagine,
Z przyczyn „wydawniczych" zaszła konieczność bym napisał swoje cv. Nawet nie wiedziałem, nie przypuszczałem, że ja mam swoje cv. Zaczynam.
Cóż. Mamy 4 lipca 1954 roku. Urodziłem się. Urodziłem się - patrzę - chłopak. Tak można by zacząć tę „garść wspomnień". Słowo „garść" jest bardzo na miejscu, bo nie sądzę aby było tego więcej. Obszary mojej niepamięci szczególnie widocznie dotyczą dat, ludzi, wydarzeń historycznych i towarzyskich. Wszystkiego co tworzy tzw. historię życia człowieka. Obszary zaś mojej pamięci wypełnione są kolorami, notatkami z kształtu, świadomością a właściwie przeczuciem jakichś mikroskopijnych i większych tajemnic, zapachem. Wrażeniem. Wrażeniem - jest moja pamięć. Ten impresjonizm dotyczy tak czasów mojego wczesnego dzieciństwa jak przysłowiowego „wczoraj". Ten defekt pamięci i historycznej jej użyteczności wynagradzany jest mi czasem minimalną różnicą między wspomnieniem z np.1958, a wspomnieniem z roku 2008.
Ale mamy 1954 rok. Było 9 lat po wojnie. Połową świata wstrząsały jeszcze resztki mniej lub bardziej szczerego szlochu po śmierci Stalina. Cały świat czekał aż objawi się, dotychczas noszący buławę i kaftan bezpieczeństwa w tornistrze - nowy, pełnowymiarowy, światowy szaleniec. Powyższe zdania niech będą wyczerpującym opisem sytuacji polityczno-społecznej na świecie. Bo w kieleckim było inaczej. W kieleckim, a szczególnie w głębokim kieleckim jest zawsze inaczej niż na świecie. Tam, zmiany jakiekolwiek na szczytach władzy nie robią takiego wrażenia. Tam, pierwszy śnieg, burza, deszcz ulewny, a nawet i przelotny - owszem robi wrażenie. Ale zmiana kursu dolara czy zmiana ustroju postrzegane są jako raczej kosmetyczny zabieg losu. Tam wychodzi się z założenia, że człowiek, nawet jedynie mądrawy - przed skutkami deszczu ustrzeże się. A na przykład przed skutkami polityki rolnej Władysława Gomułki - nie.
I w tak wdzięcznie inercyjnym regionie naszej Ojczyzny przyszedłem na świat.
Podobno, mój powitalny krzyk na widok świata, nałożył się na bicie dzwonów w pobliskim kościele. Moja babcia Katarzyna miała wtedy powiedzieć - „Ocho! Rodzi się król". Babcina wróżba koronacyjna, sprawdza się do dziś, o tyle, że mało miałem w życiu chwil takich bym nie „miał czegoś na głowie".
Dzieciństwo miałem szczęśliwie, szczęśliwe. Rodzice moi zabiegali z charakterystyczną dla tamtych czasów zapobiegliwością, o to bym miał co jeść, bym miał jak, w odpowiednim dla danej pory roku cieple - spać. Bym potem, kolejno - umiał czytać, pisać i próbował rozumieć to co przeczytałem. Ale szczęśliwość tamtego czasu mojego płynęła z następującej sytuacji. Jest lato - czas wolności od miejskości. Ja siedzę w krótkich portkach na skraju głębokiego parowu. Za moimi plecami sad moich dziadków i świadomość istnienia w tym sadzie domu. I świadomość, że tam za moimi plecami, w tym sadzie, a to dogląda bliżej nieokreślonego czegoś, a to drzemie - dziadek Franciszek. Człowiek wielki jak szczupła góra. W kapeluszu. W kapeluszu takim, że żeby spotkać podobny kapelusz trzeba by daleko pojechać. I mogłoby się okazać, tam daleko, że takie kapelusze już się skończyły.
I ja tak sobie siedzę. Brzęczą różne fruwo-brzęki. A to motyl przeleci. A to coś. Ptak. Bo nie znam nic innego co umiałoby latać. O tym, przecie, że Człowiek też próbuje latać i to nawet po kosmosie - dowiem się dopiero za trochę. Czasu. A na razie nawet Czasu nie ma.
Widzę odległy brzeg przeciwległy parowu. A wyżej już tylko niebo. Łukowe, niebieskie sklepienie. Jednym końcem wsparte na brzozach po tamtej stronie parowu, drugim na moich rzęsach. I to wszystko. No, może jeszcze pewność, że tam na dnie tej donicy zieloności - rzeczka płynie. Tak czysta, że nie musi być szeroka. I że tam raki żyją - najbardziej niepojęte stworzenia świata. A skoro tak dziwne stworzenie leży w widocznym miejscu, to jakie niesamowitości muszą się kryć w jamach licznych i międzykorzeniowych otchłaniach.
Tak bym chyba opisał całe moje dzieciństwo. A nawet cała moją kilkunastoletniość. Pewnie że były mniejsze i większe zwycięstwa i porażki. Pewnie, że były w podwórkowej wersji Wembley „strzały w okno". I pewnie, że były strzały „Panu Bogu w okno". I w okno Państwa Kwiatkowskich. Wszystko to było. I proca. I miłość. Jak to w tym wieku. Miłość, od procy - niewiele się różnią - ot kwestia oka. I przyjaźnie były. Dozgonne. Czasem i do końca tygodnia wytrzymujące. A i dłużej. Wszystko to było. To czemu tego nie pamiętam? A pamiętam ten, niemały obszar letniego powietrza obramowany czymś znanym, dotykalnym. Dotykalnym, w tym sensie, że tego owszem można dotknąć, ale nie ma potrzeby. Bo po pierwsze - można tego dotknąć. A po drugie można przewidzieć błogosławiony tego dotyku skutek. Czuje się - co będzie się czuło.
Wtedy i później, w życiu tzw. dorosłym, jeśli w mniej, czy bardziej widoczny sposób uciekałem od różnych zebrań o zabarwieniu czy to politycznym czy towarzyskim - to nawet jeśli przyszło mi w „mysiej dziurze" się schronić, to i tak wyobraźnia umiała taką przestrzeń spowodować. Przywołać.
No, to chyba dzieciństwo miałem szczęśliwe. Szczęśliwie.
Tu przerywam, lecz róg trzymam... ciąg dalszy nastąpi. Bo przecież nastąpił.
Skądinąd, wiadomo mi, że i Ty Imagine z przyczyn wydawniczych zobowiązanaś do cv. To swym cv - na moje mi odpisz. Niech nastąpi cwał cv.
Andryou
19 kwietnia 2008 roku
Andryou,
Dzisiaj także 20- ta rocznica śmierci Jonasza Kofty. Pisał:
„Nie mam niczego do stracenia
Jestem w ciemności, idę w ciemność
Z istnienia przejść do nieistnienia
Łatwo
Dopóki jesteś ze mną
Spod stóp się osunęła ziemia
Cokolwiek złego było, wybacz
- Jak mam ci pomóc?
Boję się ciszy
- Słyszysz mnie?
Słyszę
Dobrze, że byłaś."
I zaczynam podejrzewać, że pannę Lenę i pannę Jadwigę czeka podobny los.
Ps2. A Ty wyjrzyj w końcu na powietrze i odpocznij od talentu. Słyszałam, że przewidują jednak rozpogodzenia. By the reason of spring !
Imagine

Imagine,
Niechże i ja odpiszę Ci piosenką. Na piosenkę. Też dla Maryli. Choć z tego co wiem, na płycie mającej ukazać się lada chwila - tę moją piosenkę będzie w dużej części śpiewał Seweryn Krajewski. On też ją skomponował. To znaczy piosenkę. Bo oczywiście sama Maryla, jak wiemy, jest osobno i tak nadzwyczajnie i niezwykle skomponowana. Piszę chaotycznie. Ale uczuciowo.
Bo zaczął się Europejski Festiwal Zielonego. Wiosna. Lepiej byłoby nazwać to co dzieje się za tzw. oknem - Zielonego Europejski Festiwal. Wtedy skrót byłby ZEF. Na ten ZEF wiosny spieszy wszystko co żyje. Z czego z kolei wnoszę, że ja nie żyję. Bo spieszę na próbę. Do teatru. Ateneum". Bo 19.04 premiera. „Stacyjka Zdrój" - spektakl z piosenkami Starszych Panów. Nadal piszę chaotycznie. Bo nadal uczuciowo. Tak też chyba pisałem tę piosenkę. Na ZEF.
Pozdrawiam Cię Imagine.
Zielona Pani - Ziemio
Zielona Pani - Ziemio
posłuchaj w-niebo-głosu
ludzi, co z Tobą dzielą
słoneczny kąt Kosmosu
Mamy tu, Pani Ziemio
stare, jak my - kłopoty
- wiemy co Zło, co Dobro
a ciągnie do Głupoty
Mamy tu dom
Mamy dom
Mamy tu sen
Mamy sen
daj nam na skroń
cienia dłoń
Ziemio! - przed nami nas chroń
Wieczorem, Pani Ziemio
w kieszeniach snów nas chowaj
i nawet części szczęścia
nie pozwól nam zmarnować
Póki wyjaśnia tyle
na ile ściemnia - Słońce
jeszcze się trochę z nami
między gwiazdami pokręć
Mamy tu dom
Mamy dom
Mamy tu sen
Mamy sen
daj nam na skroń
cienia dłoń
Ziemio! - przed nami nas chroń
Andryou
poniedziałek, 22 marca 2010
Licznik odwiedzin: 882735
| « kwiecień » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | ||||
MAGDA UMER reżyser, scenarzystka, piosenkarka, aktorka, autorka recitali nie tylko własnych i widowisk poetyckich ANDRZEJ PONIEDZIELSKI poeta liryczny, konferansjer satyryczny
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: