Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 641 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Imagine

czwartek, 31 maja 2007 13:01

                                                                            

Imagine, 

Chyba rozumiem Twoją poMaroczność. Czasem wszystko wokół nas jest „tak”, tak bardzo „tak”, że aż „nie”.Ale skoro jesteśmy przy słowie „rozumiem”. Chciałbym napisać do Ciebie coś co można by zatytułować –„Zrozumieć kosę”. Kosiłem. Trawę. Ale z użyciem takiej zwykłej kosy, która ma łukowe ostrze, drąg zwany dalej kosiskiem a do połączenia jednego z drugim służy pierścień i klin. Jakoś nie było okazji bym Ci się z tego zwierzył – ale umiem kosić. Umiem też tę kosę klepać i ostrzyć. Mam i owszem również kosę spalinową i elektryczną. Ale mam i tę. Nazywam ją Bartoszką. Od imienia niejakiego Głowackiego, który jak historyczna legenda niesie taką kosą na sztorc osadzoną onegdaj wiele interesujących ran nieprzyjaciołom naszym zadał. Czasem też myślę sobie, że jak mnie wszystko „to-tu” (wiem, wiem - bez polityki) wkurzy – osadzę i ja swoją Bartoszkę na sztorc i ruszę w kierunku Warszawy. Ale to takie sny o potędze. Potędze wyobraźni. Wróćmy do kosy. Kosić nauczył mnie mój dziadek. Dziadek mój Franciszek był mądrym człowiekiem i wiedział że nie nauczy kosić takiego podrostka jakim wówczas byłem. Ale znał dziadek wagę słowa „ośmielić”. I ośmielił. Sprawił, że uwierzyłem że to jest możliwe. Bo najpierw dał mi tę kosę do ręki. To już była ogromna nobilitacja bo dotychczas dotykanie kosy przez dziecko było zagrożone karami cielesnymi. Potem pozwolił mi poczuć jej ciężar. Bo niosłem ją na ramieniu, jak prawdziwy kosiarz spory kawałek. Stanęliśmy - dziadek, kosa i ja na skraju ciągnącego się po horyzont pola koniczyny. Spróbuj – powiedział dziadek Franciszek. I uśmiechnął się prawie niewidocznie. A że uśmiechał się kilka razy w roku – ośmielił. Rozpocząłem swój taniec z kosą. Prawie dotykalnie odczuwałem zdziwienie koniczyny. Prawie słyszałem chichot pszczół. Pamiętam tylko, że moje stopy odruchowo cofały się w obawie przed amputacją. Kiedy cały mokry od potu spojrzałem wokół zobaczyłem kilka metrów kwadratowych zmierzwionej niemiłosiernie koniczyny. Spojrzałem niepewnie na dziadka Franciszka. Uśmiechnął się po raz drugi i powiedział – Odpocznij. Poczułem, że jestem za mały, za słaby ale czułem też radosną prawie-pewność że to, że ja będę kosił jest możliwe. Kiedy uspokoiłem oddech i wiatr osuszył mnie z potu dziadek ułożył moje małe ręce na kosisku potem swoimi ogromnymi rękami chwycił te moje wraz z kosiskiem i kazał mi stanąć moimi małymi trampkami na wierzchu swoich wielkich butów i ruszyliśmy. Kosiło „nam” się pięknie. Koniczyna, sama z godnością żegnała się ze swoim pionowym życiem i układała się w równy pokos – gotowa do dalszego paszowego i nasiennego życia. Kiedy wiele lat później, już dorosły stanąłem z własną kosą przed morzem trawy - już umiałem kosić. Potem, posiłkując się głębokim wykształceniem technicznym próbowałem zrozumieć zasadę działania kosy. Dziś umiem, z użyciem takich pojęć jak „kąt natarcia” itp. wyjaśnić działanie kosy. Ale przy koszeniu pomaga to niewiele. Tak sobie myślę, że jest w nas i powinien być jak najdłużej taki obszar zjawisk i rzeczy, których nie rozumiemy a pojmujemy jedynie. Jedynie i aż. I to nam powinno wystarczyć. Bo ten obszar to taki obszar naszego człowieczego - względem Rozumu – bezpieczeństwa. Ja pamiętam z mojej młodości nie wiem czy nie za sprawą mojego dziadka Franciszka takie półżartobliwe porzekadło – Rozumiem, tylko pojąć nie mogę.

 

Tak to przy kosiemi

myślało się

 

Nie wiem dlaczego Imagine. Na pewno nie z powodu zbliżającej się pory żniw.Twoje bowiem dotychczasowe coroczne zaangażowanie w akcję żniwną uważam za wystarczające i zgodne z Twoim wykształceniem. Może właśnie do Twojego wykształcenia się odwołując – na różnice między „rozumiem” a „pojmuję” zwróciwszy uwagę – podzielić się tym odkryciem spieszyłem.

 

                                                         Andryou 

 

P.s. Wybacz, że

do spraw zawartych w Twoim liście

się nie odnoszę

ale koszę

ale się odniosę

jak odstawię kosę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (26) | dodaj komentarz

Andryou

piątek, 25 maja 2007 12:22

                                                                                               

Andryou!

W czasie gdy ty zajmowałeś się nie odpisywaniem na mój list i wyszukiwaniem powodów na usprawiedliwienie  milczenia,  ja zajmowałam się przebywaniem  w pewnym afrykańskim królestwie, nad Oceanem Atlantyckim,  w białym domu  położonym na samej prawie plaży, sąsiadującej z wakacyjną rezydencją króla! Niewykluczone że to bliskie sąsiedztwo podziałało na wyobraźnię i wywołało niezwykły  sen. Śniła mi się  Polska jako  Królestwo… Jeremi Przybora i Wisława Szymborska  siedzieli w gronostajach na tronach i rozmawiali łagodnie  ze swoim ludem, każdemu dając po jednym  Ferrero Rocher -a ja  byłam najszczęśliwszą poddaną w tym kraju. Dla tego snu warto było lecieć tak daleko. I dla trzech przeczytanych tam książek. Bo poza tym cały czas marzłam. W Afryce. W maju.

Masz pojęcie. Król o krok, piękna  plaża zalana słońcem, Ocean Atlantycki, a ja marznę wewnętrznie. I czarne myśli na  Czarnym Lądzie. Zaczęłam nawet z rozpaczy pisać piosenkę  dla Kasi Warno, pod roboczym tytułem „GDYŻ” (”Pocałuj się ze mną , GDYŻ tak  jakoś  ciemno”)…ale nie sprawiło mi  to radości na jaką liczyłam, więc zabrałam się za pisanie eseju o paradoksie ciemności w jasności i jasności w ciemności. To także nie dało mi spodziewanej  satysfakcji, więc postanowiłam ratować się prawdziwą twórczością.

Na tarasie z widokiem na ocean, w  wełnianym swetrze,( który na szczęście zabrałam w ostatniej chwili), czytałam  o życiu Władysława Bartoszewskiego(wywiad –rzeka Michała Komara), Józefa Czapskiego(Wojciecha Karpińskiego) i  Jerzego Pilcha(„Moje pierwsze samobójstwo”). Najstarszym  z nich jest oczywiście  Jerzy P …stary od wczesnej młodości. Ale i od wczesnej młodości pisze jak mało kto. Pan Józef do śmierci chyba był młodzieńcem, a pan Władysław jest nim jeszcze NA NASZE WIELKIE SZCZĘŚCIE!

  Ale wracajmy do  Gorącego Lądu.

Ja na nim   marznę , a Nasz Człowiek z EAS- u, Wojtek B. vel Allegro  - w tym samym czasie i w tym samym miejscu upaja się  upałem. Masz pojęcie?! Opala się ,pływa, pije i je to, na co  ma ochotę i kiedy ją ma (all inclusive), zapuszcza się  aż pod samą  posiadłość króla tak blisko, że  o mały włos nie poznaje Go osobiście, jest zakochany, jak młodzieniec, w swojej żonie Ali i promienieje  energią. Nasze sznurowadła(tylko kilka osób zrozumie ten szyfr) tryskają energią! A przecież on, podobnie jak my, reprezentuje typ energii wygasłego wulkanu …z przerwami, w czasie których trwania najwięksi optymiści tracą nadzieję na kolejną erupcję.

 

Przemarznięta wróciłam do ojczyzny. Dopiero tutaj zetknęłam się z moimi ulubionymi 30-toma stopniami Celsjusza ,na które tak  tam liczyłam. A teraz Wojtek ledwo dyszy, moja rodzina i znajomi  narzekają - a mnie powoli przestaje być zimno. W  afrykańskim królestwie grzały mnie jedynie  trzy polskie książki.

KSIĄŻKI. Od wczesnego dzieciństwa moje koła ratunkowe. Potrafią zdziałać cuda. Twoje listy zresztą także. Ale ty  piszesz niechętnie,  nie masz na to czasu; aż mi przykro. To po co kiedyś, za Przemyślem, tak mnie namawiałeś na tę zabawę?

Uff. Lżej mi po  awanturze korespondencyjnej. Jestem zdumiona własną odwagą. I  mam nadzieję że nie będziesz znów szukał powodów, dla których  odpiszesz około października …Ja tu, na  wszelki wypadek, zajrzę już  w lipcu.

 

                                                                                                

Wychodząca z mroku Imagine 

                                                                     

 

               PS; przypomniał mi się  wiersz Marii Pawlikowskiej Jasnorzewskiej: ”Z wielu powodów i dla smutków wielu chciałabym dzisiaj mieć poduszkę z chmielu”. Też bym chciała.I od zaraz zacznę wyglądać  słonecznego e-maila od mojego przyjacie-ila.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

fot

piątek, 25 maja 2007 12:20

Nasz człowiek w Maroku.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  1 831 127  

Polecamy



Książka "Jak trwoga to do bloga 2008/2009" jest wydaniem w formie książki drukowanej zapisów z blooga, jaki Magda Umer i Andrzej Poniedzielski prowadzą wspólnie od 2006 roku. Książka obejmuje okres dwóch lat 2008 i 2009. Jest to pierwsze wydanie w formie książkowej wpisów z tego okresu

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

MAGDA UMER reżyser, scenarzystka, piosenkarka, aktorka, autorka recitali nie tylko własnych i widowisk poetyckich ANDRZEJ PONIEDZIELSKI poeta liryczny, konferansjer satyryczny

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1831127

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl