Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 236 127 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Andryou, który sobie jesz co chcesz!

czwartek, 29 maja 2008 9:17


Austria, Alpy


28 maja 2008 roku


Andryou, który sobie jesz co chcesz!


Nie pisałam i nie pisałam do Ciebie.

Why?

Because, że zacytuję poetę, żyłam tak intensywnie, że nie miałam już czasu na nic innego.

I prawie nie wychodziłam z lasu.

A ciekawyś może co ja robiłam w tym lesie, przede wszystkim?

Otóż w tym lesie, przede wszystkim ja NIE JADŁAM.

A ciekawyś może jeszcze, czego ja nie jadłam, przede wszystkim?

Przede wszystkim, NIE JADŁAM ja słodyczy.


Przywiezione tu śliwki w czekoladzie i sporą ilość „ferrero roches”, z bólem serca oddałam słynnemu specjaliście od zajmowania się tymi, którzy postanowili odzwyczajać się od jedzenia-Michałowi O.


Ale Michał O i towarzysząca mu grupa oddanych ludzi( w tym, nie do opisania, panna Gerchilda, pasjonująca się przyrodą i zdobywająca sprawność leśnika),wiedzą że Nie Jedzenie, to nie tylko Nie Jedzenie słodyczy. Nie jedzenie, to Nie Jedzenie prawie wszystkiego. Albo raczej prawie niczego.


A co trzeba zrobić z człowiekiem, który myślał, że Nie Jedzenie to nic trudnego, a nie może się na niczym skupić i cierpi?


Takiemu człowiekowi trzeba zająć każdą minutę jego dnia. Nie pozwolić, aby mógł myśleć o czym on chce, bo wiadomo, że chce myśleć wyłącznie o jedzeniu.


I ze mną tak postąpiono. Od rana brodzenie w lodowatej wodzie, prysznic, ryżowa szczotka, sól gorzka, gimnastyka, rower, pożal się Boże śniadanie i wyprawa do lasu. A lasy tu mają takie, że zapominasz o wszystkim. Lasy lasów. Ja chyba w całym swoim życiu nie spędziłam tyle czasu w lesie, co przez ostatnie dwa tygodnie! Codziennie oprowadzali nas, Nie Jedzących, po innym kawałku lasu(wędrujemy 8-10 km!) i codziennie uczyli czego innego. Jednego dnia jak oblicza się wiek drzew iglastych, drugiego jak odróżnić rośliny  pożyteczne od trujących, trzeciego dają tekturowe ramki i każą ułożyć obraz z najciekawszego, naszym zdaniem, fragmentu przyrody, czwartego dają wszystkim lustra i każą obserwować  przez nie las, piątego rozdają takie kartoniki z klejem i każą ułożyć nasz zielniko- kwietnik z roślinek leśnych, itd., itp. A na koniec każą wymienić zwierzęta, które spotkaliśmy w lesie, przez cały ten czas (ja- sarenkę, stado łań i jeleni, czarnego bociana, salamandrę, bardzo duże ślimaki, myszkę leśną, złoto- zielone żuki i różne, zwykłe i niezwykłe ptaki. I co chwilę urządzali jakieś konkursy , z lasem w roli głównej, a w nagrodę, około godziny siedemnastej, dostawaliśmy po parę rodzynek. Na niewiele rzeczy w życiu czekałam z takim utęsknieniem, jak tutaj na godzinę rodzynkową…


Czułam się , jakbym znowu chodziła do szkoły i była na jakimś obozie przyrodniczym, z panią profesor Janikową.


I, o dziwo, na długie minuty zapominałam o NIE JEDZENIU.


Nie mogłam napatrzeć się na przyrodę. Tu dopiero zaczyna się wiosenne szaleństwo.


Podnosisz głowę- ośnieżone Alpy-a na dole wszystko kwitnie! Obliczyłam, że to już piąte budzenie się wiosny, jakie dane mi było obserwować w tym roku: w Peorii, San Diego, Pęcicach Małych, Sztokholmie  i tu. Najdłuższa wiosna w moim życiu.


A moja wiosna?


Mam szesnaście lat. Po paru czarnych miesiącach zakochałam się. Młodość ma to do siebie, że jednak strasznie garnie się do radości i szczęścia. I po raz pierwszy w życiu, „zaczęłam chodzić” ze swoim chłopakiem. W tym wieku wszyscy dzieliliśmy się na tych, co już „zaczęli chodzić” i tych , którzy jeszcze nie „zaczęli chodzić”. Na świecie właśnie pojawiło się czterech długowłosych chłopaków , którzy co chwila tworzyli jakąś piękną piosenkę. Zdobywało się jakimś cudem ich płyty i tańczono przy nich na prywatkach. I przytulano się  i całowano. I wyznawano sobie miłość do końca życia. „And i love Her”- śpiewali Beatlesi, „Tombe la neige”- Salvatore Adamo,”I can get no satysfaction”- Rolling Stonsi.


Narkotyków wtedy jeszcze chyba w Polsce nie było, w każdym razie my o tym nie wiedzieliśmy. Naszymi narkotykami była młodość i miłość. Zaczynały się tu i ówdzie wino i papierosy ale w bardzo niewielkich ilościach. Strasznie nam się spieszyło do dorosłości.


Oj, Andryou, muszę przerwać, bo wzywają mnie na ostatnie ważenie, przed odjazdem.


Ty sobie jedz i jedz, a ja za niedługo będę wracać do Polski. I koło  siedemnastej zjem parę rodzynek…


                      Imagine, czyli cień człowieka


PS: Gdybyś chciał się czegoś dowiedzieć o mchach i porostach- pytaj śmiało! Pokazano nam nawet, co się dzieje z kolorem mchu, na dole  drzewa, po obsikaniu przez lisa. Takie to były pasjonujące studia!

 


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Imagine,

wtorek, 13 maja 2008 11:56







Imagine,


 
Nie pisałem długo. Cóż. Nie pisałem. Pomyślałem, że w tych słowach - „nie pisałem długo" jest więcej niestosowności, nieobyczajności niż w samym niepisaniu. Bo jak to wygląda, bym ja - Tobie - adresatce moich listów oznajmiał, że „nie pisałem długo". A któż może to lepiej wiedzieć (poza mną) że „nie pisałem". Jeśli nie Ty. I jakie ja mam prawo oceniać, czy dla Ciebie dany okres mojego „niepisania" - to jest długo. Jakież ja mam prawo do wtrącania się w Twój prywatny czas, którego jedynie ułamkową składową jest ewentualne oczekiwanie na mój list. Zawstydzony lekko moją, w pierwszych słowach mojego listu zawartą, bezczelnością - pomyślałem, że może niech ja raczej piszę, niż piszę o tym, że „nie pisałem".

I natchniony takim autopodszeptem - piszę. Tyle, że nie bardzo wiem co mam pisać. Bo obiecałem ciąg dalszy mojego c.v. Ale ja nie jestem pewien czy to co ja o sobie pamiętam - to jest c.v.
Ach czy?
Ach czy?
Ja mam c.v.?

Według słownika synonimów jedno ze znaczeń tego skrótu to żywot. A przeciez na żywot człowieka nie tylko fakty, zdarzenia się składają. A właściwie one - najmniej. Raczej to co dzieje się w naszym przysłowiowym rozumie, sercu przysłowiowym. A nawet, że już tak wysoko sięgnę - w przysłowiowej duszy. I jeżeli coś nas - ludzi odróżnia od siebie i od innych kolegów naszych po ewolucji to tam, we wspomnianych „przysłowiowych" bym tego szukał. Bo tylko tam, u każdego może być inaczej. Od stopnia przysłowiowości rozumu, serca i duszy poczynając, a na stopniu wykorzystania tychże - kończąc. Bo spotkać nas, każdego z nas, może pewna określona ilość zjawisk, faktów, zdarzeń. Każdy ma swoją życiową sekwencję tych przypadków. Ale one jako zależne od czasów, narodu i miejsca naszego urodzenia - jakże jednak podobne.
Upraszczając, ale za to skracając - życiorysy - podobne, żywoty - nie.
Różnimy się też wszyscy zainteresowaniem pytaniem - na ile tego życia nie przegapić.
Jeden wyznaje filozofię ZEŃ - czyli „mam życie i korzystam zeń".
Inny, gotów tak swój żywot streścić -

                                                        Żyłem, żyłem
                                                        Żyłem
                                                        Żyłem
                                                        Miałem już
                                                        Życiu - rzucić się na szyję
                                                        Patrzę - a ja już nie żyję .


Zainteresowanie - na ile tego życia nie przegapić? To nas odróżnia. To pewnie dlatego w „Stacyjce Zdrój" (Ateneum) kilka razy pada pytanie -

Ile ?
Nam
Z nas
            Zabiera czas ?


I kilka jest nieśmiałych prób odpowiedzi, które jedynie pytanie to uretoryczniają. Nie jestem zbytnim fanem własnej twórczości ale wyznać muszę, że bardzo mi się podoba taka, wypowiadana tonem autofilozoficznym, kwestia -


                                                              - bo, wie Pani
                                                              Człowiek, jak tak żyje
                                                              To On nie ma czasu na nic innego

Nie wiem, Imagine, czy ja wiem o czym ja mam pisać - pisząc to c.v.
Bo podobnie jak Tobie - całe dzieciństwo, młodość i duża część dorosłego życia upłynęły mi na byciu czymś znacznie mniejszym niż przecinek, spacja w Wielkim Dziele Włodzimierza Ilicza Lenina.

                                                                  Byłem sobie częścią spacji
                                                                  W podręczniku
                                                                  Do nauki
                                                                  Socjalistycznej Demokracji

Dziś - tak to wspominam. Że oto Trzech Wieszczów ( raczej Zło-Wieszczów) - Marks, Engels i Lenin - upisało coś co można by nazwać Księgą Urodzaju. Film, który powstał na podstawie tej księgi - przestraszał, uczył i bawił przez dobre kilkadziesiąt lat. Nieszczęściem tego filmu było to że oglądało się go ale i grało się w nim. A jedyna dopuszczalna krytyka tego obrazu - to taka, że można było wieczorem, ale w zaufanym gronie - westchnąć cicho i powiedzieć „eeech, książka była lepsza". Dziś łatwo o tym pisać. Komuś kto może powiedzieć - Oj przeżyło się, przeżyło. Bo co by się nie przeżyło to jednak przeżyło się. A wielu nie miało tego szczęścia. Albo żyją do dziś z bolesnym poklatkowym wspomnieniem tego filmu. Bo wystarczy przecież wspomnieć poczynania Klasowego Dyżurnego - Stalina. Który jedną ręką ocierał łzę wzruszenia po odsłuchaniu piosenki „Suliko", a drugą ręką skazywał na śmierć czy dozgonną poniewierkę tysiące ludzi. Nie miała Ludzkość szczęścia wtedy - na początku XX wieku. Bo co czas jakiś nabrzmiewa w Ludzkości chęć do zmian. Wydają się one, te zmiany konieczne, nieodwołalnie konieczne. Stan polityki, gospodarki, geografii, sadu wydaje się ostatnim z możliwych. Kres pojęcia Dziś. Pojawia się JUTRO - jako wartość sama w sobie. I wtedy zawsze, na danym terenie znajdzie się jakiś niedouczony albo przeuczony świr, który podtyka tzw. gotowe rozwiązanie. Imperatyw zmian jest tak wielki, że to gotowe rozwiązanie - przyjmuje się za dobre rozwiązanie. A we wtorek to jest już Jedyne Rozwiązanie. I nieszczęście gotowe.

Ponieważ, z różną intensywnością, ale jednak czuję się częścią Ludzkości - Tamten Czas nauczył mnie, wyrobił we mnie odruch sceptycyzmu do gotowych rozwiązań. Piszę „odruch sceptycyzmu". Ale myślę w tym miejscu takimi słowami, przy których określenie „obelżywe" traci swoją przymiotniczość.
I jeszcze wielu rzeczy mnie Tamten Czas nauczył. I dobrych. I złych.
Ale może tym - potem?  Przyznaj Imagine, że to pytanie jest bardzo miłym i optymistycznym końcem listu. Chyba, że poszedłbym w optymizm jeszcze głębiej

                                                    Każdy - swego świra ma
                                                    Ale, że niektórzy - dwa,
                                                    to, pytanie mnie po nocy czasem budzi -
                                                    - czy przypadkiem nie jest tak,
                                                    że jest świrów znacznie więcej niźli ludzi (?)

I tym optymistycznym akcentem - kończę. Ten List. Bo przecież nie falę pozdrowień dla Ciebie.



                                                                           Andryou



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Andryou!

niedziela, 04 maja 2008 21:46











2 maja 2008 roku


Andryou!


Cwał cv powiadasz...


Jest 9 października 1949 roku. Szpital w Warszawie. Przychodzę na świat.


Patrzę - córka Edwarda i Stanisławy. Stasia chodzi jeszcze do maturalnej klasy, a Edward marzy o studiach prawniczych. Ledwo przestali być dziećmi, a już im się przytrafiłam. Cieszą się, że przeżyli wojnę, chcą się uczyć i budować nowy, szczęśliwszy świat. Czyli komunizm, który, da Bóg, ogarnie całą kulę ziemską i zniknie niesprawiedliwość społeczna. Poznikają religie i już ludzie nie będą się mieli o co kłócić. Tak ich uczono, tak im mówiono w radio i pisano w gazetach. W telewizji nie kłamano tylko dlatego, że jeszcze wtedy nie istniała. Indoktrynowano, przeprowadzano operacje na otwartych sercach. Uczyli się więc i budowali kraj swoich marzeń, a mnie co rano witał komunistyczny żłobek, przedszkole, świetlica ,szkoła i zuchy. Było mi tam dobrze. Wszyscy się uśmiechali i byli serdeczni. Nigdy nie byłam głodna, miałam gdzie spać. Kochałam wszystkich bez wyjątku i czułam się przez wszystkich kochana. W domu było smutniej, bo chorował mój młodszy brat i nikt nie potrafił mu pomóc. Całe noce płakał, żeby go przewrócić na drugi bok. Rodzice byli zrozpaczeni i bardzo nieszczęśliwi. Potem urodzili mi jeszcze jednego brata. Był śliczny, wrażliwy i prawie się nie odzywał. Nazywaliśmy go Kajtek Calineczek. Chorował na serce i czekała go bardzo niebezpieczna operacja, która na szczęście udała się! Całymi dniami czytał książki i żył w ich świecie.


Wieczorami tata czytał nam, na dobranoc, bajki Andersena, graliśmy w warcaby, bierki, chińczyka i inteligencję, a kiedy kupił epidiaskop i w niedzielę, zaczął wyświetlać filmy na ścianie, szaleliśmy z radości! Tata przepięknie śpiewał. I grał na fortepianie i na akordeonie. Był największą miłością mojego dzieciństwa. Wydawało mi się, że jest najprzystojniejszy i najmądrzejszy. Surowy ale dobry i czuły. Mówił, że Jemu się wydaje, że Boga nie ma ale trzeba żyć tak , Jakby Był.



Wierzyłam we wszystko, czego mnie uczono. W to, że Związek Radziecki jest naszym największym przyjacielem i dzięki niemu skończyła się wojna z Niemcami, którzy chcieli zamordować cały świat. I że z przyjaźni buduje nam najwspanialszy pałac na świecie, który będzie miał aż trzydzieści pięter. I że w nim będą kina, teatry , pływalnia dla dzieci i takie różne cuda. I że to wszystko będzie dla wszystkich, a nie jak w zgniłym kapitalizmie- tylko dla bogatych.


Kiedy byłam w starszakach, powiedziano nam, że zmarł Bolesław Bierut, taki jakby król Polski. I że był bardzo dobry, a najbardziej kochał dzieci i sarenki. I że teraz nastąpi żałoba narodowa, a my pojedziemy obejrzeć go w otwartej trumnie. Strasznie się bałam zobaczyć kogoś, kto już nie żyje. Mało sama nie umarłam. Potem w radio przez trzy dni nadawali bardzo smutną muzykę, a ja płakałam, bo wydawało mi się, że żałoba narodowa polega na tym, że cały naród płacze. Niedługo potem przyszli do naszego przedszkola Murzyni, Chińczycy, Eskimosi, Hindusi i może nawet Indianie, coś nam dawali i śpiewali i mówili, że już niedługo wszyscy ludzie, bez względu na kolor skóry i język będą się przyjaźnić, kochać, odwiedzać i będą sobie bardzo pomagać, żeby nikt nie był biedny i nieszczęśliwy i żeby już nigdy nie było wojny. I chyba mówiono nam jeszcze, że zapanuje jeden język na całym świecie i będzie się nazywał esperanto. Największe wrażenie zrobiły nam mnie ich stroje i uśmiechy. Potem już nigdy nie zobaczyłam w Polsce tylu kolorowych i uśmiechniętych ludzi... Dopiero po latach, za granicą.


Kiedy miałam dziewięć lat, moja sąsiadka, pani Rena, kupiła telewizor. Co to było za wydarzenie!!! Wszyscy schodzili się do niej na „Kabaret Starszych Panów" i byli, chociaż tego wieczora, szczęśliwsi.


Szkołę ( im. Klementa Gottwalda, przy ulicy Nowowiejskiej 37a, do której chodziłam przez jedenaście lat, bo to była i podstawówka i liceum) kochałam.


I wierzyłam, że uczą mnie w niej prawdziwej historii. Kiedyś mój przyjaciel z klasy- Włodek Sachs - zapytał na lekcji, czy to jest pewne, że żołnierzy w Katyniu zamordowali Niemcy, bo on słyszał, że istnieje jeszcze inna wersja. Nie pamiętam w jaki sposób oburzał się nasz nauczyciel, ale pamiętam jak zareagowała moja mama: "a co to znowu za bzdura?! Tam zginął mój wujek i są na to dokumenty, niezbite dowody - że to Niemcy". Chyba naprawdę w to wierzyła. I w wiele innych nieprawd. Bardzo kochałam moich rodziców i ufałam im. A oni mówili to samo co w szkole i w radio.


Nie interesowałam się polityką. Czytałam książki, uprawiałam sport, miałam cudownych kolegów i przyjaciółki. I wielki smutek w domu, na co dzień. Mój brat coraz ciężej chorował.  1 listopada 1965 roku zapytał jak wygląda cmentarz, bo kazali mu narysować Dzień Zmarłych na cmentarzu, na którym nigdy nie był. Jeździł do szkoły w wózku inwalidzkim. Opowiedzieliśmy i narysował „z wyobraźni". Pięknie rysował chociaż coraz trudniej było mu utrzymać w ręku ołówek. Zanikały mięśnie. Zmarł 15 grudnia 1965 roku. Miał 14 lat .Zawalił się świat i skończyło dzieciństwo. Ciągle myślałam o śmierci. Że po niej już nic nie ma. I że to straszne. I że po co to całe życie. I kto mógł wymyślić aż takie cierpienie bezbronnego dziecka. Nie chciało mi się już żyć, a miałam dopiero 16 lat.


Oj, Andryou! Ale mi smutno przez to cv. A jeszcze mam w oczach piękny Sztokholm i nasz tam, dopiero co, słoneczny pobyt. I dzieci w parku, koło naszej ambasady. Wiedzione przez wychowawców na długiej smyczy i potem karmione z misek na trawie. Jak małe psiaki. I jak one - szczęśliwe. Ciekawe czy wiedzą, że nie są w komunistycznym żłobko- przedszkolu?


I ciekawe , co będą myślały o Bogu, kiedy dorosną...? - Imagine



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (37) | dodaj komentarz

wtorek, 28 marca 2017

Licznik odwiedzin:  1 784 510  

Polecamy



Książka "Jak trwoga to do bloga 2008/2009" jest wydaniem w formie książki drukowanej zapisów z blooga, jaki Magda Umer i Andrzej Poniedzielski prowadzą wspólnie od 2006 roku. Książka obejmuje okres dwóch lat 2008 i 2009. Jest to pierwsze wydanie w formie książkowej wpisów z tego okresu

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

MAGDA UMER reżyser, scenarzystka, piosenkarka, aktorka, autorka recitali nie tylko własnych i widowisk poetyckich ANDRZEJ PONIEDZIELSKI poeta liryczny, konferansjer satyryczny

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1784510

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl