Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 236 127 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Imagine,

czwartek, 26 czerwca 2008 15:35


 

 


Imagine,

 
Pada deszcz. Tak zaczynam, bez ogródek. Ale i przez ogródek. Bo w ogródku właśnie ów deszcz widzę. Bardziej nawet czuję niż widzę. I bardziej to jest chyba otoczenie niż ogródek. Mam nadzieję, że nie zdążyłaś pomyśleć sobie, że oto ja jestem posiadaczem jakiegoś ogródka. Albo że jakiś ogródek uprawiam. Matka Ziemia swoje wycierpiała i nie ma powodu bym ja, powłokę Jej umęczoną, naruszał  swojo kulturo agrarno. Ale wróćmy do deszczu.



                            Czy to,
                            w bliskim sercu - Czerwcu
                            czy to,
                            w którymś z tych liściastych
                            opowiadań Listopada -
                            - kiedy pada,
                            pada deszcz
                            To
                            i ja,
                            wydaje się
                            - trochę padam

I tak pomyślałem sobie... - ale i tu nie wyobraź sobie czasem zbyt wiele. Pod słowem „pomyślałem" nie ukrywa się jakiś wielki proces. Raczej odruchowe, niemrawe rozglądanie się ziewającej szarej komórki za jakąś, ewentualnie, drugą, szarą komórką. Tak więc pomyślałem - sobie, a Ciebie - wynikiem obciążyć planuję niecnie. Że może by prześledzić, przepatrzeć, przeanalizować - jak, w trakcie mojego życia zmieniał się mój stosunek do deszczu ? No, jak ?


Ach - jak! Ale - jak!


A tak, że w dzieciństwie wczesnym - deszcz to była miła odmiana, na tle ogólnego od-rodzicielskiego zadbania. Pamiętam i rozbryzgiwanie kałuż nogami ubranymi w białe podkolanówki i moknięcie na deszczu, do zmoku absolutnego włącznie. I regaty pospiesznie stwarzanych łódek, na sieci podeszczowych strug, strumieni, Amazonek. Do dziś, mam wrażenie, że o czyimś wydorośleniu nie wiek, nie ogólne obycie, oczytanie, czy nagłe zainteresowanie pracą czy rodziną świadczy. Tym znacznikowym momentem jest chyba utrata skłonności do rozbryzgiwania kałuż. Stąd bierze się np. fenomen ludzi, którzy rodzą się już dorośli. Pamiętam z tamtych dziecięcych lat pewną dziewczynkę, która w ogóle nie rozbryzgiwała. Na tle całej grupy rozbryzgujących wyglądała dziwnie. Było to o tyle wytłumaczalne, że ona, zajmowała się, jak na swój wiek bardzo profesjonalnie, powiadamianiem naszych rodziców o naszym rozbryzgiwaniu. Pamiętam, że nam rozbryzgującym - żal jej było. Żal - jej, nieznanego jej dzieciństwa. I czasem, chyba, z tego żalu - obryzgiwaliśmy ją. A nie była to łatwa decyzja, bo woda w tamtych czasach wysychała szybko. Każdy bryzg był cenny. A i czasu niewiele. Bo trzeba było zdążyć przed domową awanturą. Do dziś, kiedy spotykam w życiu zawodowym czy towarzyskim osoby ponad miarę zasadnicze, ortodoksyjnie zasadnicze - cóż? - utrzymuję, odpowiednio - zawodowy czy towarzyski z nimi kontakt. Cóż - myślę sobie, każdy ma prawo do odkładania długopisu piszącym końcem na północ. Ale obok, tej tolerancji - myślę - Oj, nie rozbryzgiwałeś Ty kochany/kochana. Nie rozbryzgiwałeś.


Potem, z tym deszczem bywało różnie. A to coś uniemożliwiał, by coś innego radośnie umożliwić. A to np. randkę z dziewczęciem, przez wieczność, bo od ubiegłego piątku, ulubionym - w rejony wspólnej, na dwuosobowe zapalenie płuc - śmierci przenosił. Ale ta sama mokra odzież jakże znakomicie zwiększa współczynnik przylegania ciał. O duszach nie wspominając. Był Deszcz oczekiwanym wytchnieniem, kiedym jako kilkunastolatek w żniwnym znoju uczestniczył. Ale i potrafił Deszcz nagłością czy przewlekłością owoce wielkiej pracy i nadziei - zmarnować. I potem przeszkadzał mi jako kierowcy, budowniczemu domu, czy biorącemu udział w plenerowym wydarzeniu scenicznym. Ale i pomagał - czyniąc jakieś moje plany ewidentnie zmienionymi. Tak zmienionymi, że minionymi. I pretekst do odpoczynku stwarzając. Zachęcając do snucia nowych planów. Nieodwołalność Deszczu zjawiska - to jego potęga, bez względu na wielkość kropel, długotrwałość, zniszczenia, życiodajność. Złościć się na deszcz - to dopiero strata czasu. Tak, albo prawie tak mawiała moja Babcia. A mawiała tak, kiedy widziała jak mocuję się z jakim rzeczywistości przejawem, znacznie ode mnie większym. Później, znacznie później uzmysłowiłem sobie jak ważne jest ustalenie sobie, w sobie, granicy domniemanych możliwości. Bo zbyt wysoka poprzeczka - to ciągła frustracja i wrażenie niemocy. Zbyt niska - to pierdołowatość ogólna z uznawania wszystkiego za zrządzenie losu - wynikająca. I jeszcze...

                 

                   I jeszcze
                   jestem
                   wzruszony, także
                   niemalże, w sensie rolnym
                   każdym deszczem
                   Dreszczem -
                   - życio, tak dajnym
                   mi deszczu krople, jeszcze
                   Że
                   Wasza Mokrość
                   (jak mam co)
                   to jednak - mówię
                   jeszcze
                   Że,Wasza Mokrość
                   nie szeleszczę.


                                               Z przewlekle, ciągłym pozdrowieniem

                                                                  Andryou



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Andryou!

poniedziałek, 16 czerwca 2008 9:29


15 czerwca 2008 roku



Andryou!


Taki ten czerwiec zapracowany, że po dniu całym nawet na czytanie nie mogę sobie pozwolić. Tylko „Wykreślanki", melisa na uspokojenie  i spać. Czasem w środku nocy albo nawet o 4 tej nad ranem moje młodsze dziecko typu Franek, wysyła sms -a, żebym się nie martwiła, bo żyje i jest szczęśliwy. A co on może poradzić na to, że szczęśliwy  może być dopiero w jaskini przy Murze Chińskim...?


Tak mi  napisał, dopiero co: „wyszedłem z małej wioski, godzinę przed zachodem słońca, wspiąłem się na wysoką górę z latarką na czole i miałem cały mur dla siebie, nie widziałem ani jednej osoby. Wschód słońca, jaskinie, itp. Fenomenalne!"


Nawet nie umiem opisać jak się o Niego niepokoję (podróżuje sam, z małym misiem Pablo) ale  jednocześnie  zachwyca mnie to, jak patrzy na świat, ludzi i Naturę; jak go to wszystko interesuje. Jest dzielny, mądry  i ma jasną duszę. Zakłada, że wszystko musi się udać. Ten (niepojęty dla mnie) optymizm odziedziczył po ojcu. A umiejętność życia w samotności-po mnie.


Właśnie przyjechały do Polski, na kilka dni, moje starsze dzieci- Mateusz z Basią. Oglądamy na starych kronikach rodzinnych małego „Naneczka" i nie możemy się nadziwić jego dorosłości... Wszyscy za nim  tak tęsknią, a to jeszcze trzy miesiące... no ale siedem miesięcy za nami! „Byliśmy już" razem z nim: na Kubie, w Meksyku, Gwatemali, Peru, Boliwii, Panamie, Chile, Brazylii, Argentynie, Nowej Zelandii, Japonii, Chinach. Dokąd go jeszcze poniesie?!


Dokądkolwiek, byle z dobrym wiatrem. Byle szczęśliwie zakończyła się ta niebywała eskapada!  


A Mateusz z Basią wciąż pracują w Irlandii, kochają się  i dobrze im tam ale  (na szczęście) chcą wrócić do Polski. Coraz więcej młodych ludzi wraca... może to dobry znak? Oby.


A moja młodość?


 Z jednej strony wydaje mi się, że to zamierzchłe czasy, parę tysięcy lat przed nasza erą, a z drugiej mam ją w oczach, słyszę i czuję  dźwięki, smaki  i zapachy tamtych lat. Mogę zamknąć oczy, wyciągnąć ręce i  objąć je  nimi. I przytulić tę moją młodość do siebie starej.


Jest 1966 rok. Chodzę do „dziesiątej B". Dodatkowy język - Łacina. Coraz mniej chętnie odrabiam lekcje, ponieważ jestem za bardzo zakochana ale nie mam kłopotów w szkole. Trójki „tylko" z matematyki, fizyki i chemii.


Dzisiaj myślę, że to i tak cud, bo powinnam mieć dwóje na szynach( za naszych czasów nie było jeszcze jedynek i szóstek) i nie przechodzić do następnych klas, z powodu mojego nierozgarnięcia matematyczno fizyczno chemicznego.


Za to uwielbiałam przedmioty humanistyczne. Moim profesorem od polskiego był wspaniały Zygmunt Saloni. Młody, z burzą czarnych włosów, bardzo przystojny, przyjeżdżał do szkoły na rowerze i w sandałach*. Uwielbialiśmy go!!! Kiedy mówił o czymś, co go interesowało, zapalały mu się oczy i nie sposób było oderwać od niego wzroku. Hipnotyzował nas i zmuszał do niebywałego skupienia. I może wtedy dojrzało we mnie marzenie z dzieciństwa (po przeczytaniu "Ani z Zielonego Wzgórza") - żeby  zostać nauczycielką.


Opowiadać coś w sposób interesujący młodym ludziom, rozbudzać ich wrażliwość i wyobraźnię, kształtować gust i styl. I samemu się od nich uczyć nowszego języka, "wąchania czasu". I czytać i czytać i czytać książki! Ciągle przebywać z mądrzejszymi od siebie!


Postanowiłam, że będę zdawać na filologię polską. Ale póki co zajmowałam się głównie życiem towarzyskim i uczuciowym. Mieliśmy wtedy w szkole taką paczkę: Danka, Tupciowa, Jacek, Grzesiek, Bronek i ja. Trzy zakochane pary. Nie mogliśmy bez siebie żyć. Razem chodziliśmy do kina, na prywatki, tańczyliśmy, uprawialiśmy sport i skazani byliśmy na nierówną walkę z hormonami, które czekały tylko aż skapitulujemy. Ale zanim skapitulowaliśmy, godzinami rozmawialiśmy przez telefon (telefony wtedy były najczęściej w przedpokojach, na (zawsze za krótkim!) sznurze i mówiło się szeptem i szyfrem, żeby przypadkiem nikt nie podsłuchał tych niebywałych wyznań), chodziliśmy na długie spacery do Łazienek, pisaliśmy  listy miłosne albo liściki, które dawaliśmy sobie na przerwach.  Bronek, mój chłopak chodził do "dziesiątej A" i dopiero wtedy zrozumiałam jaka to jest otchłań czasu, do niedawna nie takie znów długie 45 minut). W jedenastej klasie zdobyliśmy  mistrzostwo szkoły w rock and rollu!


Andryou! Wyobrażasz  sobie swoją starą Imagine tańczącą rock and rolla?!
 Nie przypuszczam.
 A tańczyłam jak szalona!

 Ale  kiedy zbliżała się studniówka  pokłóciliśmy się o coś, czego nie pamiętam, a co wtedy wydawało nam się czymś najważniejszym na świecie i doszło do pierwszego "zerwania" (było ich później jeszcze kilkadziesiąt). I kiedy on na studniowce tańczył  „na złość" z Ewą B., a ja z Jurkiem N., nikt nie mógł się temu nadziwić. Nawet nauczyciele, którzy nas lubili, nie mogli na to patrzeć i próbowali interweniować i godzić... I w końcu pogodzili.


Zapisałam się na angielski do Metodystów, przy placu Zbawiciela. Trochę może i  chciałam poznać ten egzotyczny język** ale bardziej jeszcze chciałam móc wychodzić z domu dwa razy w tygodniu, na dwie godziny.  


Bo tuż koło Metodystów mieszkał Bronek. Jego rodzice wyjechali na długo. Teoretycznie opiekowała się nim starsza siostra Wiesia ale ona także była zakochana i znikała za często, jak na nasze, coraz mniejsze możliwości walki z tym, co się działo z naszymi zakwitającymi organizmami. Hormony przystąpiły do decydującego ataku i  skapitulowaliśmy.


Była to bardzo przyjemna kapitulacja. Wyrzutów sumienia nie mieliśmy, bo nie znaliśmy pojęcia grzechu.


Ale do dzisiaj nie mogę sobie wybaczyć słabej znajomości języka angielskiego. Tu mam wyrzuty sumienia. Niestety. A nawet bardzo niestety.


I takie to były, Andryou, moje very  green yers  - Imagine 1967

 
*Potem chciano go wyrzucić ze szkoły za tę dezynwolturę rowerowo-sandałową ale bardziej chyba jeszcze za to, że zakochał się, (z wzajemnością) w uczennicy! Niedawno spotkałam pana profesora na stuleciu Szkoły! Do dziś podobno się kochają ( z tą piękną uczennicą!) i mają gromadkę dorosłych dzieci. Sic!


**w naszej szkole nie uczono wtedy angielskiego. Bo i komu miał on się kiedyś przydać i do czego? Za to rosyjski był na światowym poziomie...


 


 


 



Podziel się
oceń
1
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Imagine

poniedziałek, 02 czerwca 2008 10:23






Imagine


Oj zaznałem i ja, udręki niepisania Twojego. Ale jak (jak!) to jest usprawiedliwione ! Z mojego głębokiego szacunku do osób korespondujących z Naturą – szacunek do Ciebie i atencja – wynikają i ogromnieją. I, o prawie miesięcznym przedziale czasu oczekiwania na cień listu – zapominam. Niniejszym. Tym bardziej, że do procesu zapominania, obecnie, nie muszę się tak przykładać jak kiedyś, za młodu. Przyznaję, że skądinąd wiedziałem o Twojej wyprawie dalekowschudniej. Ale wobec przedłużającego się Twego milczenia zacząłem już podejrzewać - czy to aby nie jest kuracja typu - „Odchudzanie - do zniku włącznie”. Teraz, rozumiem Twoją korespondencyjną absencję. Będąc osobą, Z Naturą Korespondującą  – nie ma się ni czasu, ni ochoty, ni cienia sensu nie widzi się w jakiejkolwiek innej korespondencji. Wiem po sobie – jak to się mówi. Dynamika i eteryczna falowość rozwoju kontaktów z Naturą nie ma sobie równych w kategorii „możliwości człowieka”.

 

 Przeczuwanie,

Postrzeganie,

 Poznawanie,

Mgły Pojmowań,

Tajna wieść

o „być może, wzajemności”

i

od nowa …

Przeczuwanie,

Postrzeganie …

A, za radość jakichkolwiek tu ustaleń

ciągle starcza –

- że być może

będzie

że

i tak dalej

 

Czasem, kiedy gorączkowo poszukuję dowodów na wyjątkowość rodzaju ludzkiego pośród ogólnego asortymentu Natury – to przypomina mi się taki np. Zachwyt. To jest doznanie jakiego u innych, nawet ssaków, nie zaobserwowałem. A u Człowieka – owszem. I to właśnie przy jego z naturą korespondencji. Nie bez znaczenia, a nie wiem czy nie ważniejsze, jest doznanie zwane Zdziwieniem. Ale zdziwienie to już widziałem kiedyś, jak malowało się ono na „twarzy” mojego psa, kiedy ja w stanie „tsunami głupoty” postawiłem przed nim świeżo otwartą konserwę Pt. „Paprykarz Szczeciński”. A dodać należy, że rzecz miała miejsce w roku 1995, zaś data produkcji specyjału widniała na wieczku jako – 1987. Tego wzroku psa mojego imieniem Berso – nie zapomnę. Do dziś jest to zdarzenie dla mnie dowodem na to, że My możemy się po Naturze wiele spodziewać. Zaś Ona po Nas – niewiele. Niewiele dobrego. A mimo to utrzymuje z nami kontakty. A mimo to pozwala nam ze sobą korespondować. Czasem wydaje mi się, że owa Matka Natura – Nas traktuje nieco łagodniej niż inne, liczne swoje dzieci. Jakby Nam, status Gupiego Jasia jakiegoś przysługiwał. A Twoje z Naturą obcowania – to kolejne dowody na to, że czasem wystarczy się zatrzymać na chwilę by Jej błogosławionego wpływu na sobie doświadczyć. Bo, o Jej na nas  wpływie, tak jak o tym żeśmy Jej częścią, zapominamy – uPINieni. opilotowani – telekomórczęta niskozasięgowe.

O tym, co ma na nas wpływ, w większości – nie wiemy. I to może dobrze. Bo gotowiśmy i to zepsuć jeszcze.

Tu na chwilę wrócę do mojego c.v. Być może na moje późniejsze losy wpływ miało to, że młodość całą przeżyłem w pewnej kamienicy kieleckiej niedaleko dworca kolejowego i autobusowego. Pamiętam, że w pewnych warunkach pogodowych do mojego pokoju docierały obszerne fragmenty zapowiedzi dworcowych. O odjeżdżaniu, spóźnieniach itp. Szczególnie autobusów – ten dworzec był głośniejszy. Nie wykluczałbym wpływu tych zapowiedzi na moją późniejszą skłonność sceniczną do bycia konferansjerem. Tym bardziej, że posłyszałem tam komunikat, który dowiódł iż prosta zapowiedź może być źródłem głębszych przeżyć. Może mieć swoją dramaturgię i niebanalne rozwiązanie. Kiedyś„dworcowa konferansjerka” obwieściła mianowicie że – „Autobus, z Kielc do Staszowa, planowy odjazd – godz. 10.30 …(tutaj chwila dramatodajnej ciszy) …nie odjedzie…(tu chwila ciszy dramatotrzymnej)

…Bo… go… nie ma”.

Wracając zaś do kontaktów z Naturą – oj miewałem i ja kontakty.

Oj! miewałem. Nie chcę Imagine głębokości Twoich kontaktów z Naturą umniejszać, ale powiem Ci tylko, że niektórym, bliżej mi znanym lisom, sugerowałem nawet który porost wyróżnić, a którego poniechać. Tak bywało. Dawniej. Teraz, te nowe lisy – wyróżniają jak leci. Słyszałem, że jeden lis, plakat przedwyborczy z wizerunkiem kandydata do mandata, zawieszony na przydrożnym drzewie wyróżnił. Tak, tak – lisy tak wysoko potrafią wyróżniać. Ale, żeby przejaw demokracji za porost wziąć … I lisy, już widocznie, głupieją.

Fakt, że jedyne co do niedawna zdobiło korę drzew – to porosty. Zwyczaj obwieszania drzew plakatami – to nowa demokratyczna praktyka. Ale to, winy i nieobywatelskiej postawy lisa nie umniejsza. Tym bardziej, że mogło to (jak już wiesz) zmienić kolorystykę kandydata. A to z kolei może mieć wpływ na obraz sceny politycznej. I tak dalej. Czyli, że Natura ma nadal ogromny na nas wpływ. Hurra!

Niechby ten okrzyk był końcem mojego listu. Mam dziwne wrażenie, że nic bardziej optymistycznego, w sensie pisemnym, może mi się dziś nie zdarzyć.

Pozdrawiam Cię Imagine – prawie-nic-nie-jedzącą-ale-się-za-to-lepiej-czującą.

 

                                                                  Andryou



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

wtorek, 28 marca 2017

Licznik odwiedzin:  1 784 492  

Polecamy



Książka "Jak trwoga to do bloga 2008/2009" jest wydaniem w formie książki drukowanej zapisów z blooga, jaki Magda Umer i Andrzej Poniedzielski prowadzą wspólnie od 2006 roku. Książka obejmuje okres dwóch lat 2008 i 2009. Jest to pierwsze wydanie w formie książkowej wpisów z tego okresu

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O moim bloogu

MAGDA UMER reżyser, scenarzystka, piosenkarka, aktorka, autorka recitali nie tylko własnych i widowisk poetyckich ANDRZEJ PONIEDZIELSKI poeta liryczny, konferansjer satyryczny

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1784492

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl