Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 805 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Imagine

piątek, 30 lipca 2010 12:48






Imagine,


Bardzo dziękuję za doniesienia z Toskanii. I za uśmiech Zuzanny Ł. I za kapelu-tragedy. Choć, jeśli o sprawę kapelusza chodzi, to wyśledziłem w sobie zalążki niewakacyjnego już myślenia. Bo pojawiły się pytania. A pytania, jak wiadomo są zajęciem charakterystycznym dla okresu niewakacyjnego. I tak na przykład :


Co mnie wzrusza ?

W sprawie tego kapelusza ?

Czy Krystyna ?

Czy kapelusz ?

Czy zgubienie kapelusza ?


No i zaczęło się. I niejako na przekór tej pytaniowej słonności postanowiłem napisać typowo i zdecydowanie wakacyjną piosękem. Pisownia ta, urągająca nie tylko ortografii ale i ortodoncji, jest celowa - by wakacyjną beztroskę podkreślić. A i „dzieło" od piosenek właściwych odróżnić.


Wakacyjna piosęka

Nie utysknie, nie stęka

Nie nadmienia o mękach

u wymienia istnienia

Bo, tak „to be" nie lubi

jak - „or not to be"


Napotkałem ja żuka

Taki żuk - twarda sztuka

Jeśli w niego zastukać

Ci on się nie otworzy

Oj nie skorzy, nie skorzy

Są żukowie

Do czegokolwiek


Wakacyjna piosęka

Nie utysknie, nie stęka

Nie nadmienia o mękach

u wymienia istnienia

Bo, tak „to be" nie lubi

jak - „or not to be"


Napotkałem sarenkę

Myślę - ujmę za rękę

Ona w czmych, ja w udrękę

A gajowy rzekł - podsumujmy

- Czmycha,

Aby

nie doszło do ujmy


Wakacyjna piosęka

Zapomina o sękach

Kiedy po życia sośnie

Zjeżdża

I im niżej

Tym jej radośniej


Napotkałem jaskółkę

Chciałem wejść na jej półkę

Zaczepiłem o rułkę

kiedym leciał już w dół

Wyjaśnienie mego ryps!

- taki,

otóż to jest gips


Wakacyjna piosęka

Nie marudzi w przyklękach

Ale rada spada we szpagat

I do Ziemi kochanej, woła -

- nie dbam czy wstanę !


          Wakacyjne przygody ?

          Człowiek,

          dawno już, czymkolwiek

          Nie pasuje do przyrody

          Bowiem człowiek, prawie ciągle, czegoś chce

          A przyroda -

          -         Właśnie - nie.



                                                                                  Andryou


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Toskania

wtorek, 27 lipca 2010 10:27





Toskania - 25 lipca 2010 roku


E-Endrju!

Podczas gdy Ty bibulejesz- czyli e-mocje, odczucia i fakty zamieniasz w kupkę suszu- ja - z radością trudną do ukrycia- toskanieję.
Chcę myśleć tylko o miłych rzeczach.
Bardzo pomaga mi w tym Morze Tyrreńskie, towarzystwo i zapach pinii zmieszany z solą morską.Powinny być takie perfumy.

Dzisiaj dzień wyjątkowo wyjątkowy - Franek kończy 25 lat.

Czyli ćwierć wieku na tym świecie ma za sobą! Mnie wydawało się wtedy, że jestem już bardzo dorosła. I że wszystko co najlepsze mam za sobą. Mam nadzieję że Jemu się tak nie wydaje. Franek Jest Słońcem Całej Naszej Rodziny.





Małe zmartwienia, małe radości,wspaniałe (niestety) jedzenie, bibrzenie o rzeczach ważnych i mniej ważnych i bardzo dużo wolnego czasu!
Zapominanie o pracy, krajobrazy typu balsam na rany.BOSKO!
Jak na razie naszym największym tutaj zmartwieniem było zgubienie telefonu komórkowego przez Krysię. Szczęśliwie odnalazł się. Nie odnalazł się natomiast zgubiony przez nią, wielkiej urody kapelusz , któremu na szczęście zrobiłam zdjęcie poprzedniego dnia.





Mamy tutaj także coroczne rytuały. Jednym z nich jest robienie sobie zdjęć o tej samej godzinie, na pewnej drodze między Grosseto, a Castiglione de la Pescaia.
Dzisiaj wysyłam Zuzię, bo wiem, że Ona Cię nie zasmuci,a może nawet się uśmiechniesz, co sobie lubię wyobrażać.



Już połowę wakacji za nami.Mnie na nich najbardziej ucieszyło odnalezienie pewnego plakatu Ruth Orkin, o którym marzyłam od roku.W tamtym roku zachwycił mnie na wystawie i zrobiłam mu zdjęcie:



a w tym- kupiłam go sobie na zawsze!



Do umiłowanych rytuałów należy także na-leżenie się do woli, na placu Il Campo .



E-ndryou!
Mam jeszcze tyle zdjęć , ale boję się , że wysłanie ich za pomocą laptopa Krystyny J., byłoby zbyt kosztowne w sensie dosłownym...
więc reszta - po powrocie.

Imagine- czyli sto pociech.

P.S. nie e-spalę i nie e-pozbędę się go, ponieważ
zbyt ważne jest to co
e-piszesz
i to że
e- piszesz.
e- pa.
e-ja.



Podziel się
oceń
1
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Imagine,

piątek, 23 lipca 2010 11:30






Imagine,


Niniejszym donoszę Ci, że otóż, mianowicie, nie bez radości - bibuleję. Tak. Tak właśnie. Bibuleję. Celowo powtórzyłem żeby nie było wątpliwości. Nie jest to przejęzyczenie. Nie jest to błąd laptopowej niestaranności. Nie chodzi o bi-bolenie, czyli obustronne odczuwanie bólu. Bibuleję. Pamiętasz zapewne jak poddawano nas eksperymentowi uwieńczonemu jakże częściowym sukcesem, zwanemu edukacją. Tą, na powszechnym i podstawowym poziomie. Człowiek, dodajmy - mały człowiek - zakuty w szkolną ławę. Zakuwano parami. Po środku ławowego blatu był zaś otwór nieduży a okrągły, gdzie wkładano kałamarz. A w kalamarzu był atrament. A każdy edu-zakuty był wyposażony w zeszyt czy to w kratkę - do rachunków, czy w trzy linie do pisania. I jeszcze posiadał każdy obsadkę zakończoną stalówką. I jego,  ucznia - bo taka była oficjalna nazwa zakutego, obowiązkiem względem społeczeństwa było macznie tej stalówki w tym atramencie i odwzorowywanie w tym zeszycie, wcześniej zaprezentowanych na tablicy liter, cyfr - tajnych i dziwnych znaków, którymi już od wielu lat porozumiewała się znaczna część narodu. Stalówka nie była narzędziem zbyt precyzyjnym. Do częściowego niwelowania problemów z dozowaniem atramentu służyła bibuła. Był to kawalek papieru odznaczajacy się nadzwyczajną chłonnością. Jej, bibuły zadaniem było wessać owego atramentu nadmiary. Ratowała świętość, honor zeszytu. Łagodziła nieszczęście kleksa, czyli niekontrolowanego skapnięcia atramentu na białą świętość i honor zeszytu. A później, kiedy szybkość pisania przewyższała szybkość schnięcia atramentu, tylko dzięki bibule możliwe było przewrócenie świeżo zapisanej kartki. I podążanie z pisaniem ku następnej kartce. Im szybciej tym lepiej. Bo myśl, która powodowała tym pisaniem, lubiła wyschnąć jeszcze szybciej niż atrament. I tak, w miarę używania, na bibule odbijały się, jak w lustrze z funkcją pamięci, czy to znaki pojedyńcze, czy fragmenty słów, czy całe słowa a nawet zdania. Odbijały się różne kropki, kreski, wywijasy, kleksy, półkleksia. Czasem łza edukacyjna. Ale to, częściej u dziewczynek, które jako istoty bardziej wrażliwe - mocniej odczuwały usilność procesu edukacji. Lubiłem te bibuły swoje. Lubiłem zapatrywać się w nie. Czytać je jak mapy wielokrotnie nieznanego lądu. Taka była to bliska, bliska i miła tajemnica. Tajemniczości przydawał fakt, że słowo jeśli na bibule odbite - jest wspak. Tym wspakiem, takie słowo, znane przecież, może ekscytować, zaciekawiać od nowa. I jeszcze to, że nasycenie atramentem było odwrotne niż w oryginale. Wraz ze zbliżaniem się do końca, owo bibułowe słowo nabierało wyrazistości. Taki miły człowiekowi dziś - żart. Dyskretnie urągający upływowi czasu, przemijaniu. Bibuła nie jest faktem, odczuciem, emocją. Jest śladem. Po, a właściwie o - faktach, odczuciach, emocjach. I obraca w kupkę suszu tętniące debilizmem pytanie - „co autor chciał przez to powiedzieć?". Z tego pytania pozostaje tylko i na szczęście nieśmiałe „co?.." - stawiane w poczuciu radosnej beznadziei na odpowiedź.

I tak to, z powodu wakacji, czy może wieku, jakże przecież podeszłego do wakacyjnego - bibuleję.


Bibuleję

Ot - zamieniam sie w bibułę

I uczyniam z tej bibuły preambułę

Do, po latach już codziennych rewolucji

Mojej

Otóż personalnej Konstytucji

Którą to - nie powiem, że wyznaję

Ale

Czy to wobec - jaki człowiek

-         czy Ojczyzna

przymuszony - w końcu wyznam.


                                                                  Andryou


P.s.

Imagine, ten list - po przeczytaniu - natychmiast e-spal albo e-zjedz. W każdym razie jakoś e-pozbadź się go. Użyte przeze mnie wyrazy, takie jak : atrament, kałamarz, stalówka, kleks, bibuła itp. mogą w katastrofalny szok wprowadzić młodszą część naszego narodu. Może to zachwiać ich radosnym przekonaniem o pochodzeniu z narodu w miarę rozgarniętego, słynnego we świecie swym Panteonem osób zasłużonych na polu nauki, kultury, wojny czy nieszczęśliwych wypadków. Mogą, po tym co ja wypisuję zacząć podejrzewać, że pochodzą z jakiegoś nieznanego szczepu Indian Bladolicych. I posmutnieć mogą. I „siądzie nam" poniżej średniej europejskiej, tak marketing jak i zarządzanie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

sobota, 24 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  1 794 991  

Polecamy



Książka "Jak trwoga to do bloga 2008/2009" jest wydaniem w formie książki drukowanej zapisów z blooga, jaki Magda Umer i Andrzej Poniedzielski prowadzą wspólnie od 2006 roku. Książka obejmuje okres dwóch lat 2008 i 2009. Jest to pierwsze wydanie w formie książkowej wpisów z tego okresu

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

MAGDA UMER reżyser, scenarzystka, piosenkarka, aktorka, autorka recitali nie tylko własnych i widowisk poetyckich ANDRZEJ PONIEDZIELSKI poeta liryczny, konferansjer satyryczny

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1794991

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl